SPŁYW KAJAKOWY 2017  

Warta i Liswarta dzień drugi

 
     www.gliwiczanie.pl

 

 

Sobota powitała nas ponurym deszczem połączonym z temperaturą oscylująją wokół 12 stopni Celcjusza. Niestety - taką pogodę zapowiadał portal AccuWeather, któremu ja wierzę i znowu się sprawdziło. Prognoza obiecywała taką pogodę calutki dzień. Ale cóż: "trza być twardym a nie miętkim" więc płyniemy. Ale płyna istotnie najtwardsi, część załóg odpuściła.....

Dziesiaj płyniemy Liswartą - busik wiezie nas do miejscowości Zbory-Młyn i w siąpiącym deszczu wodujemy kajaki.

 

     
 

Powyższe zdjęcie wyszło mi przypadkowo troszkę ironiczne....

 
 

 
Liswarta jest nieprawdopodobnie malownicza - mniejsza niż Warta ale dzika , z przeszkodami w postaci zwalonych drzew, kamiennych progów i chaszczy. Chwilami przestawałam wiosłować i napawałam się widokami, bo mimo padającego wciąż deszczu było tam tak pięknie, że zatykało z wrażenia. Niestety zdjęć robiłam mało, bo deszcz nie ustawał ani na chwilę i było mi szkoda sprzętu. Już w tym roku naprawiałam mój podstawowy obiektyw za drobne 5 stów....
 
 

W pewnym momencie przeszkody w postaci kamiennych progów wyeliminowały kolegę Sebastiana - jego kajak pękł i zaczął szybko nabierać wody. Seba musiał wylądować i poczekać na pomoc. Na szczęście organizator - Romek dał radę dojechać autem z przyczepką i podmienić kajak na cały - Seba wyruszył znowu goniąc stawkę.

Płynęliśmy ciągle machając wiosłami, bo rzeka trudniejsza, wymagająca wysiłku i uwagi, więc w ogóle nie czuliśmy zimna. Wręcz przeciwnie, chwilami było mi wręcz gorąco. Wreszcie postanowiliśmy odpocząć - znaleźliśmy niedużą łachę i dobiliśmy na jedzonko i odsapkę.
     
 

 
     
Nie odpoczywaliśmy długo - bez ruchu, w ciągle padającym deszczu dotarło do nas, że jest cholernie zimno! Szybki posiłek, w kajaki i wio dalej.
 
     
  Dalej było gorzej, bo dogonilismy jakiś inny spływ - totalnych gamoni! W przeszkody ładowali się po trzy kajaki na raz, co kończyło się kłopotami, blokowaniem rzeki i wrzaskami, pływali zygzakiem, a w najwęższych miejscach dopływali do siebie, bo akurat musieli pogadać - rozpacz! Wyprzedzenie ich wymagało niesłychanej koncentracji i nagłych zrywów do sprintów, aby w krótkich momentach szerszego koryta wyprzedzić kolejnych cymbałów.... Wykończyło to nas tak, że po wyjściu na czyste wody docisnęłiśmy aby jak najszybciej dotrzeć do celu. Nawet już nie wyciągałam aparatu w obawie, że jak zwolnimy to zaś te patałachy nas dogonią. Wreszcie po prawie 20 kilometrach wypłynęliśmy z Liswarty do Warty - o jak dobrze, już nasz ośrodek!!!  
     
 

 
 

 
     
  Zrzuciliśmy mokre łachy, gorący prysznic i do ciepłego ogniska! Niewielka mżawka nas nie zniechęcała, więc daliśmy radę zorganizować zawody strzeleckie!  
     
 

 
 

 
 

 
 

 
 

 
     
  Józkowi wiatrówka myliła się karabinem maszynowym - strzelał z każdej pozycji do wszystkiego - staraliśmy się nie włazić mu pod muszkę, bo nie wiadomo jakby zareagował.... Za to Darek usiłował wprowadzać okoliczności wojenne i utrudniał strzelanie ile wlezie....  
     
 

 
 

 
     
  Stosowano różne techniki strzelania....  
     
 

 
 

 
     
  Ania zarządzała jedzonkiem....  
     
 

 
     
  Józek opowiadał kawał....  
     
 

 
     
  A młody jak się dorwał do spluwy, to nie mozna go było odspawać. Wystrzelał cały zapas śrutu.....  
     
 

 
 

 
 

 
     
  Wreszcie poczułam się zmęczona. Po przypłynięciu jeszcze optymistycznie poszłyśmy z Anią piechotą do sklepu - okazało się to tak cholernie daleko, że szybkim marszem w jedną stronę szło się 45 minut... Jakies koszmarne 4 kilometry! W jedną stronę! Ta przebieżka mnie dobiła i już przed dziesiątą się poddałam.  
     
 

DALEJ